facebook

Kim Pan jest Panie – Henry Kissinger ?

Ostatnie tygodnie kończącej się prezydentury Baracka Obamy przyniosły dwie ważne decyzje dotyczące dwóch strategicznych „odcinków” amerykańskiej
polityki zagranicznej: Bliskiego Wschodu oraz relacji z Rosją. Chodzi o niezawetowanie przez USA Rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ potępiającej izraelskie osadnictwo na Zachodnim Brzegu i we wschodniej Jerozolimie. Głos wstrzymujący się amerykańskiego przedstawiciela (wszyscy pozostali stali członkowie RB ONZ głosowali za) został odczytany przez władze izraelskie jako akt wrogi odchodzącej administracji. Premier Netanjahu wprost oskarżył amerykańską
dyplomację nie tylko o uleganie, ale nawet o „kierowanie gangiem, który zasiada w ONZ”. Druga decyzja to wydalenie z USA trzydziestu pięciu rosyjskich dyplomatów(taki mieli oficjalnie status) pod zarzutem uprawiania działalności szpiegowskiej, a w jej ramach „wpływania na przebieg wyborów prezydenckich”
za oceanem. Ciekawa była reakcja Rosji. Początkowo wydawało się, że będzie normalna w tej sytuacji odpowiedź. Zapowiedział ją szef rosyjskiej
dyplomacji Siergiej Ławrow, ogłaszając wydalenie z Rosji takiej samej liczby amerykańskich dyplomatów. Szybko jednak nastąpiła interwencja „na najwyższym
szczeblu”. Prezydent Putin ogłosił bowiem, że nie ma zamiaru „pozbawiać amerykańskich dyplomatów ich tradycyjnych miejsc spędzania świąt w Rosji” i 35 osób wskazanych do wydalenia pozostało w Moskwie i Petersburgu. Gest pod adresem nowego prezydenta Donalda Trumpa, który obejmie urząd 20 stycznia?

Z pewnością. Podobnie jak pewna jest – nazwijmy to –ułomna wiarygodność Obamy jako człowieka, który nagle przejrzał na oczy i dostrzegł w Rosji zagrożenie. Ile rozmów telefonicznych Trump Putin odbyło się, zanim rosyjski przywódca ogłosił swój „gest dobrej woli”?

Nie wiemy, ale można być pewnym, że się odbyły. Z kolei szef izraelskiego rządu dostał od prezydenta elekta zapewnienie na Twitterze: „Izrael, trzymaj
się mocno! 20 stycznia zbliża się”. A wraz z nim zmiany w polityce zagranicznej największego światowego mocarstwa. Nie bez znaczenia dla kierunku tych zmian może być informacja, która obiegła światowe media również w ostatnich tygodniach, o tym, że wśród doradców nowego prezydenta ds. polityki zagranicznej może znaleźć się Henry Kissinger.

Ten urodzony w 1923 r. w Niemczech i przybyły do USA w 1938 roku (naturalizowany w 1943 roku) polityk jest uznawany za oceanem za wyrocznię w tzw. realistycznym spojrzeniu na problemy światowej polityki i amerykańskiego zaangażowania się w konstruowanie i podtrzymywanie światowego ładu politycznego. Kissinger rozpoczął swoją karierę jako naukowiec. W 1957 roku obronił na Harvardzie pracę doktorską o polityce Metternicha („The world restored”). Zarówno w tej książce, jak i w kolejnych, które poświęcił historii międzynarodowej dyplomacji, nie krył swojej fascynacji polityką austriackiego kanclerza, który zrozumiał, że istotą pokoju nie tyle jest brak wojen, co raczej „stworzenie i  utrzymanie struktury ładu międzynarodowego”. W swoich innych publikacjach Kissinger nie szczędził również ciepłych słów dla Ottona von Bismarcka. Realpolitik „żelaznego kanclerza” także przedstawiała w jego oczach niezaprzeczalny walor. Metternich i Bismarck jako mistrzowie dyplomacji dla człowieka, który w latach 1973-1977 kierował amerykańską dyplomacją jako sekretarz stanu w administracjach Nixona i Forda, a wcześniej, w latach 1969-1973, był doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego pierwszego z wymienionych prezydentów – to trzeba przyznać szczególna rekomendacja. Zwłaszcza w naszych oczach. Być może zza oceanu nie widać wyraźnie takich „niuansów” metternichowskiego realizmu, jakim było podżeganie polskich chłopów do mordowania polskich ziemian (galicyjska rabacja 1846 roku), czy też niedostrzegalne są „szczegóły” bismarckowskiej Realpolitik, która na ziemiach zaboru pruskiego przybrała formę bezwzględnego wykorzeniania Polaków – z języka i z ziemi. Dyplomacja, Nobel i walka z ” katastrofą ludnościową” Henry Kissinger jako bliski współpracownik dwóch kolejnych republikańskich prezydentów był architektem „realistycznego zwrotu” w polityce USA, której szczytem było zbliżenie amerykańsko-chińskie z 1971 roku za wyrzeczenie się przez Waszyngton dotychczasowej polityki uznawania Tajwanu za jedyne chińskie państwo. Po wojnie izraelsko-arabskiej z 1973 roku (wojna Jom Kippur) kierowana przez Kissingera amerykańska dyplomacja patronowała daleko idącym zmianom politycznym na Bliskim Wschodzie,
czyli zbliżeniu egipsko-izraelskiemu i redukcji wpływów sowieckich w tym regionie świata, czego spektakularnym przejawem było usunięcie z Egiptu sowieckich
„doradców wojskowych” przez prezydenta Anwara Sadata.

Kissinger kierował również po stronie amerykańskiej rozmowami z komunistami z północnego Wietnamu, które zakończyły się zawarciem w Paryżu porozumienia pokojowego mającego zakończyć wojnę w Indochinach. Chociaż pokój ten przetrwał tylko cztery lata (do czasu podbicia Południa przez komunistyczną Północ), to już w 1973 roku Kissinger wraz ze swoim wietnamskim partnerem zza negocjacyjnego stołu otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Rok później, w kwietniu 1974 roku, jako sekretarz stanu Henry Kissinger podpisał tzw. memorandum 200, które zawierało zestawienie „zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego USA”.

Wśród tego typu zjawisk został wymieniony w tym dokumencie „wzrost populacji w krajach rozwijających się”. W ten sposób amerykański szef dyplomacji ujawniał swój związek z antynatalistycznym programem Fundacji Rockefellera (w swoim czasie wspierającej programy eugeniczne, także w Niemczech przed II wojną światową) i Klubem Rzymskim – międzynarodową „organizacją pozarządową”, która w swoim słynnym raporcie z 1973 roku wieszczyła światu „katastrofę ludnościową” i aby jej uniknąć, zalecała „mechanizmy kontroli urodzin” w postaci aborcji i antykoncepcji, przede wszystkim w krajach tzw. Trzeciego Świata. Kissinger: Czeka nas tektoniczne przesunięcie.

W styczniu tego roku mija czterdzieści lat od momentu, gdy Henry Kissinger przestał kierować amerykańską polityką zagraniczną. Nie zaprzestał jednak o niej pisać i jej komentować. Jego głos jest słuchany i poważany za oceanem, a z tej racji, że prezydent elekt Donald Trump nie szczędził także w ostatnim czasie pochwał pod jego adresem (co dało pożywkę dla pogłosek o nowym zbliżeniu Kissingera do Białego Domu), warto przyjrzeć się poglądom autora „Dyplomacji” na problemy światowej polityki.  Z braku miejsca skoncentruję się tutaj na jego ostatnich wypowiedziach, dotyczących tzw. strategicznych kierunków amerykańskiej i światowej polityki. 11 grudnia 2016 roku w Oslo z okazji „Nobel Prize Forum” Henry Kissinger wygłosił wykład pt. „USA i pokój światowy po wyborach prezydenckich” [wUSA]. Zawarta w nim kluczowa konstatacja brzmi: Ameryka musi rozpoznać, że „świat nie stoi w obliczu jakiegoś konkretnego kryzysu, ale tektonicznego przesunięcia w globalnej strukturze”. We współczesnym świecie amerykański noblista dostrzega „cztery wizje światowego ładu: europejsko-westfalską, islamską, chińską i amerykańską”, przy czym – jak podkreślał – „żadna z nich nie ma powszechnej legitymizacji”. W tym samym przemówieniu Kissinger narysował cztery scenariusze „możliwych katalizatorów pożogi na wielką skalę”. Pierwszy dotyczy możliwego pogorszenia się relacji amerykańsko- chińskich. Drugi to „załamanie się relacji między Rosją a Zachodem wyrastające z paradoksu wzajemnego niezrozumienia istniejącego międzyrównoległymi kulturami”.

Trzeci oznacza „postępujące osłabienie strategicznego znaczenia Europy z powodu utraty poczucia globalnej misji”. Czwarty „scenariusz
wielkiej pożogi” dotyczy eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie.  USA i Rosja − strategiczne partnerstwo” ? Przyjrzyjmy się drugiemu z wymienionych
scenariuszy. Myśl o tym, że w „strategicznym interesie” zarówno Zachodu, jak i Rosji jest współpraca, nie opuszcza Kissingera od lat. Pod koniec czerwca 2008 roku, krótko po swojej wizycie w Moskwie i tuż przed rosyjską inwazją na Gruzję, pisał, że „jesteśmy świadkami jednego z najbardziej obiecujących
okresów w rosyjskiej historii”. Podkreślał wtedy, że „geopolityczne realia zapewniają niezwykłą możliwość współpracy między dawnymi rywalami
z czasów Zimnej Wojny”, a chociaż „rosyjska ludność przeżywa wzrost narodowej dumy, jej przywódcy są świadomi swoich strategicznych ograniczeń”.
Politykę zagraniczną Putina (wtedy premiera) Kissinger charakteryzował jako „poszukiwanie wiarygodnego strategicznego partnera z Ameryką jako preferowanym wyborem”. To z kolei wykluczało, jego zdaniem, traktowanie Rosji przez USA jako ucznia, który ma pobierać w Waszyngtonie
lekcje, na czym polega „prawdziwa demokracja”. Już w 2008 roku amerykański noblista podkreślał, że „kwestia relacji z Ukrainą dotyka samej istoty postrzegania przez obie strony [amerykańską i rosyjską] natury stosunków międzynarodowych”. Zauważał, że „prawdziwa niepodległość Ukrainy jest istotna dla pokojowego
międzynarodowego systemu i musi być wyraźnie wspierana przez USA”. Dawał jednak do zrozumienia, że jest to maksimum, czego Kijów może spodziewać
się od Ameryki, bowiem „przesunięcie zachodniego systemu bezpieczeństwa od Łaby na przedpola Moskwy uzmysławia zmierzch Rosji w sposób, który
może wzbudzić rosyjskie emocje tak, że nie będzie możliwe osiągnięcie rozwiązania żadnego innego problemu”. Ukraina, czyli Finlandia Po rosyjskiej agresji na Ukrainę i aneksji Krymu, w marcu 2014 roku na łamach „Washington Post” Kissinger raz jeszcze powrócił do swoich głównych tez. Po pierwsze więc, Rosja musi
zrezygnować z dążeń do uczynienia z Ukrainy swojego satelity, z kolei „Zachód musi zrozumieć, że dla Rosji Ukraina nigdy nie może być obcym krajem”. Podkreślał, że „demonizowanie Władimira Putina nie jest polityką, ale alibi na jej brak”. Kissinger rosyjskiego prezydenta nie demonizował. Wręcz przeciwnie. Pisał o nim, że jest „poważnym strategiem”, choć „zrozumienie amerykańskich wartości i amerykańskiej psychologii nie jest jego mocną stroną”, podobnie zresztą jak „zrozumienie rosyjskiej historii i psychologii nie jest silnym punktem twórców amerykańskiej polityki”. Kissinger zaproponował więc w marcu 2014 roku finlandyzację Ukrainy, czyli status „niepozostawiający wątpliwości co do jej niepodległości i współpracy z Zachodem na większości płaszczyzn”, a z drugiej strony „starannie unikający instytucjonalnej wrogości wobec Rosji”. To oznacza jasną deklarację Zachodu, że Ukraina nie wejdzie do NATO, z drugiej zaś strony powrót Krymu do Ukrainy z szeroką autonomią oraz „usunięcie wszelkich niejasności co do statusu Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu” (czytaj: oddanie tej bazy
Rosji). Spotkajmy się na Bliskim Wschodzie Bo z Rosją USA muszą współpracować – powtarza od kilku lat Kissinger. W tym kontekście wskazuje obszar Bliskiego
Wschodu, który wraz z rosyjskim zaangażowaniem się w Syrię, rosnącymi wpływami Iranu i powstaniem ISIS przeżywa „okres załamania się swoich
geopolitycznych ram”. O konieczności współpracy amerykańsko-rosyjskiej w „zwalczaniu islamskiego ekstremizmu” Kissinger mówił 29 stycznia 2015 roku
podczas otwartego przesłuchania przed senacką komisją sił zbrojnych w Waszyngtonie. Do tej kwestii powrócił w swoim artykule opublikowanym 16 października
2015 roku na łamach „The Wall Street Journal”. Przyznał w nim, że rosyjska obecność militarna w Syrii „jest dla amerykańskiej polityki bliskowschodniej
wyzwaniem niespotykanym przynajmniej od czterech dekad”, jednak jeszcze poważniejszym zagrożeniem jest istnienie Państwa Islamskiego. Współpraca
w jego zniszczeniu może być polem istotnej współpracy między USA a Rosją: „USA już uznały militarną rolę Rosji. Jakkolwiek jest to bolesne dla architektów
systemu z 1973 roku, należy skupić się na rzeczach istotnych. A tutaj istnieją zbieżne cele. Wybierając między strategiami, należy doprowadzić
do tego, by obszar zajmowany przez ISIS był odbity przez umiarkowane siły sunnickie lub zewnętrzne mocarstwa niż przez irańskich dżihadystów czy
siły imperialne. Dla Rosji ograniczenie jej militarnej roli do kampanii przeciw ISIS może oznaczać uniknięcie powrotu do zimnowojennych relacji z USA”.
Czy Henry Kissinger zostanie doradcą Donalda Trumpa, a jeśli tak – ilu z tych rad posłucha amerykański prezydent? Czas pokaże. A nam pozostaje
mądrze i szybko się zbroić.

źródło: Nasz Dziennik, prof Grzegorz Kucharczyk

Warto dodać, że Henry Kissinger był (a może jest nadal) członkiem loży B`nei B`rith skupiającej wyłącznie Żydów.

  • Paul Goodman. B`nai B`rith. The first lodge of England 1910 – 1935, London 1936
Drukuj

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *