facebook

Tworzenie książki. Zaczynamy od….?

Świetne wystąpienie, polecam.

(…)

Jestem pisarką. Pisanie książek to mój zawód, ale i coś więcej. To moja wielka życiowa miłość i fascynacja. I nie spodziewam się, że to się kiedykolwiek zmieni. Lecz ostatnio zdarzyło się coś w życiu zawodowym i prywatnym, co kazało mi zmienić podejście do pracy. Otóż niedawno napisałam książkę, pamiętnik zatytułowany „Jedz, módl się, kochaj”, który w odróżnieniu od moich poprzednich książek stał się tą wielką mega-sensacją, międzynarodowym bestsellerem. 

I teraz gdziekolwiek się pojawię, ludzie traktują mnie, jakbym była przeklęta. Naprawdę – przeklęta! Każdy z troską w głosie pyta, czy nie obawiasz się, że nie uda ci się tego przebić? Nie boisz się, że będziesz dalej pisać przez całe życie, i już nigdy więcej nie stworzysz książki, która kogokolwiek poruszy, kiedykolwiek?” To jest pokrzepiające… Byłoby gorzej, gdyby nie to, że pamiętam jak ponad 20 lat temu jako nastolatka zaczęłam mówić, że chcę zostać pisarką, spotykałam się z tym samym rodzajem reakcji podszytej strachem. Mówiono: „Nie boisz się, że nigdy nie odniesiesz sukcesu? Nie boisz się, że upokorzenie wywołane odrzuceniem cię zabije? Nie obawiasz się, że całe życie będziesz pracować i nic nigdy z tego nie wyjdzie i umrzesz z garstką zniszczonych marzeń z ustami pełnymi goryczy porażki?”. Właśnie ta. Krótka odpowiedź na te pytania brzmi „Tak”. Tak, obawiam się wszystkich tych rzeczy. I zawsze się ich bałam. Boję się też wielu innych rzeczy, których ludzie nawet się nie domyślają. Jak wodorosty lub inne straszne rzeczy. Lecz jeśli chodzi o pisanie, to zastanawiałam się ostatnio, dlaczego? Czy to jest racjonalne? Czy to logiczne, że od każdego wymaga się aby obawiał się pracy, do której czuje, że został stworzony. Co takiego w kreatywnych przedsięwzięciach sprawia, że martwimy się o czyjeś zdrowie psychiczne, czego zazwyczaj nie ma w innych zawodach? Na przykład mój ojciec był inżynierem-chemikiem i nie przypominam sobie, żeby w jego 40-letniej karierze chemika ktoś go pytał, czy nie obawia się być chemikiem. „Jak sobie radzisz z blokadą chemiczną, John?” Po prostu tak się nie zdarzało. Ale z drugiej strony, chemicy jakoś nie zdobyli w dziejach reputacji maniakalno-depresyjnych alkoholików. My, pisarze, mamy taką reputację, podobnie jak twórcy z innych dziedzin mają reputację niestabilnych psychicznie. Wystarczy spojrzeć na ponure statystyki zgonów wspaniałych, kreatywnych umysłów w samym tylko XX wieku. Umierali młodo, często z własnej ręki. Nawet ci, którzy sami się nie zabili, zdawali się być unicestwieni przez własny talent. Norman Mailer w ostatnim przed śmiercią wywiadzie powiedział, „Każda z moich książek zabijała mnie coraz bardziej”. To niezwykłe, aby tak wyrażać się o dziele swojego życia. Ale my nawet nie mrugniemy, kiedy słyszymy, gdy ktoś tak mówi, bo nasłuchaliśmy się takich rzeczy i jakoś zupełnie zaakceptowaliśmy ideę, że kreatywność i cierpienie są nierozerwalnie związane, i że sztuka zawsze prowadzi do męki.  Pytanie które chcę dzisiaj zadać wszystkim tu zebranym: czy dla was, ludzie, to jest w porządku? Czy dobrze się z tym czujecie?Ponieważ wy patrzycie na to z bliska. Mnie wcale nie jest wygodnie z tym założeniem. Myślę, że jest wstrętne. I że jest niebezpieczne i nie chcę, żeby się utrwaliło w następnym wieku. Chyba lepiej zachęcać wielkie, twórcze umysły do życia. Jestem przekonana, że w moim przypadku byłoby bardzo niebezpieczne podążać tą ciemną ścieżką przypuszczeń, szczególnie w tym punkcie mojej kariery. Powiedzcie sami. Jestem całkiem młoda, zaledwie około czterdziestki. Przede mną przypuszczalnie jeszcze cztery dekady pracy i pewnie każdą przyszłą książkę świat oceni przez pryzmat dziwnego sukcesu mojej poprzedniej książki. Postawię sprawę jasno, bo jesteśmy przyjaciółmi, najprawdopodobniej sukces życiowy mam już za sobą. Jezu, cóż za myśl!Taka myśl mogłaby skłonić kogoś do picia dżinu od 9 rano, a ja tak nie chcę. (Śmiech) Wolałabym dalej wykonywać pracę, którą kocham. Pytanie brzmi: jak? Po wielu przemyśleniach sądzę, że aby móc dalej pisać, trzeba stworzyć jakąś ochronną barierę psychiczną.Musiałabym znaleźć sposób na zachowanie bezpiecznego dystansu między mną, jako pisarką, a naturalnym niepokojem o reakcję, jaką wywoła to, co piszę. Od roku szukam sposobów, jak tego dokonać. Patrzyłam w przeszłość, próbując znaleźć inne kultury i zobaczyć czy mieli lepsze i zdrowsze pomysły niż my na to, jak pomóc twórcom w radzeniu sobie z nieodłącznym ryzykiem emocjonalnym, jakie niesie kreatywność.  

Poszukiwania zawiodły mnie do starożytnej Grecji i Rzymu. Słuchajcie uważnie. Ale w starożytnej Grecji i w Rzymie nie wierzono, że kreatywność pochodzi od istoty ludzkiej. Wierzono, że kreatywność to obecność boskiego ducha, który przyszedł do ludzi z odległego i nieznanego źródła, dla odległych i nieznanych powodów. te boskie duchy kreatywności Grecy zwykli nazywać demonami.

Sokrates wierzył, że posiada takiego demona, który z daleka przekazywał mu wiedzę. Rzymianie myśleli podobnie, lecz nazywali ten nieucieleśniony duch kreatywności geniuszem. To wspaniałe, bo Rzymianie nie uważali geniusza za szczególnie utalentowanego osobnika. Wierzyli, że geniusz był magiczną, boską istotą, która dosłownie mieszkała w ścianach studia artysty, coś w rodzaju elfa, który czasem wychodzi z ukrycia i niewidzialnie pomaga artyście w pracy, kształtując jej wynik.  Oto ten dystans, o którym mówiłam, ta bariera psychiczna mająca chronić przed wynikami twórczości. Każdy wiedział, że tak to właśnie działa. Starożytny artysta był chroniony przed pewnymi rzeczami, jak na przykład przesadny narcyzm. Jeśli dzieło było wspaniałe, nie mogłeś przypisać sobie całego sukcesu, bo wszyscy wiedzieli, że pomagał ci geniusz. Jeśli praca się nie udała – nie twoja wina. Wszyscy wiedzieli, że to twój geniusz jest kiepski. Tak myślano dawniej o kreatywności. Później przyszedł Renesans i wszystko się zmieniło. Pojawił się wielka idea: umieśćmy człowieka w centrum wszechświata, ponad wszelkimi bóstwami i tajemnicami, i zabrakło już miejsca na mistyczne stworzenia, którym dyktują niebiosa. To jest początek racjonalnego humanizmu, ludzie zaczęli wierzyć, że twórczość pochodzi w całości od indywidualnego człowieka. Po raz pierwszy w historii zaczęto mówić o niektórych artystach że są geniuszami, a nie, że mają geniusza. Uważam, że to był wielki błąd. Myślę, że pozwalanie komuś wierzyć, że jest naczyniem, esencją i źródłem boskości, kreatywności, nieznaną, wieczną tajemnicą to trochę za dużo odpowiedzialności jak na jedną, kruchą ludzką psychikę. To jak prosić kogoś, aby połknął słońce. To kompletnie wypacza ego i powoduje te niewykonalne oczekiwania względem wykonania. Chyba ta presja zabijała naszych artystów przez ostatnie 500 lat. A jeśli to prawda, a myślę, że to prawda, powstaje pytanie: co teraz? Czy możemy to robić inaczej? Może powinniśmy powrócić do starożytnego rozumienia zależności między ludźmi a zagadką kreatywności. Może nie. Może nie da się po prostu wymazać 500 lat myśli humanistycznej jednym 18-minutowym wykładem. Zapewne są na widowni osoby, które zgłosiłyby uzasadnione naukowe podejrzenia odnośnie wspomnianych różek, które podążają za ludźmi, sypiąc magiczny proszek na ich pracę. Pewnie nie wszystkich was przekonam. Ale pytanie, które chcę zadać, brzmi: Dlaczego nie? Dlaczego nie myśleć o tym w ten sposób? Dla mnie to równie sensowne wytłumaczenie szaleńczej kapryśności procesu twórczego. Każdy, kto próbował kiedyś coś stworzyć, czyli praktycznie wszyscy tutaj zebrani, wie, że ten proces nie zawsze jest racjonalny. Czasem wydaje się wprost paranormalny. Niedawno spotkałam niesamowitą amerykańską poetkę, Ruth Stone. Ma ponad 90 lat, ale była poetką przez całe swoje życie.Powiedziała mi, że dorastając na wsi w Virginii, czasem podczas pracy w polu czuła i słyszała wiersze, które przychodzą do niej znad krajobrazów. Powiedziała, że to jak grzmiący słup powietrza, który wtłaczał się w nią. Czuła jak się zbliża, bo ziemia trzęsła się pod jej nogami. Wiedziała, że w takiej chwili może zrobić tylko jedną rzecz, czyli biec najszybciej, jak się da. Więc biegła szybko w kierunku domu, a wiersz gonił za nią. Musiała szybko złapać kartkę i ołówek, żeby złapać wiersz, kiedy przez nią przepływał, i uwiecznić go na papierze. Czasami nie była dość szybka, biegła, ale nie dobiegała na czas i wiersz przepływał przez nią i uciekał.Powiedziała, że wiersz wracał nad horyzont szukając, jak to ujęła, „innego poety”. Czasami bywało tak — tej części nigdy nie zapomnę, powiedziała że czasami wiersze prawie jej uciekały. Biegła do domu i szukała papieru a wiersz przepływał przez nią i prawie uciekał, kiedy chwytała ołówek, i wtedy jakby chwytała wiersz drugą ręką i udawało jej się go zatrzymać. Łapała ten wiersz za ogon i wciągała spowrotem do siebie w trakcie przelewania na papier. W tych przypadkach wiersz wychodził na papierze doskonały i kompletny, ale odwrócony, od ostatniego słowa do pierwszego.  Słuchając jej, myślałam: „To niesamowite, właśnie tak wygląda mój proces twórczy”.  Wcale tak nie wygląda. Nie jestem wodociągiem tylko mułem i pracując, muszę codziennie wstać o tej samej porze pocić się, harować i brnąć niezgrabnie. Lecz nawet ja, w swojej mułowatości, ocierałam się czasami o tę rzecz. I myślę, że wielu z was także.Mnie także zdarzały się pomysły ze źródła, którego naprawdę nie potrafię zidentyfikować. Co to takiego jest? Jak mamy się odnieść do tego żeby nie stracić rozumu? Dla mnie najlepszym współczesnym przykładem jest muzyk Tom Waits, z którym przeprowadziłam wywiad kilka lat temu dla pewnego magazynu. I rozmawialiśmy o tym. Tom przez większość swego życia był uosobieniem współczesnego umęczonego artysty, próbującego kontrolować i radzić sobie z tymi niekontrolowanymi kreatywnymi impulsami, które działy się w jego wnętrzu. Kiedy był już starszy, spokojniejszy, pewnego dnia jechał autostradą w Los Angeles i tam wszystko się zmieniło. Podczas jazdy usłyszał nagle urywek melodii, która wpadła mu do głowy tak, jak często robi to inspiracja, nieuchwytna i kusząca, pożądana i wspaniała. Pragnie jej, ale nie ma jak uchwycić. Nie ma papieru, ołówka, nie ma dyktafonu.  Zaczyna czuć jak ten dawny niepokój zbiera się w nim, „Zgubię tę melodię i będzie mnie to prześladować do końca życia; nie jestem dość dobry, nie potrafię.” Zamiast panikować, zwyczajnie się zatrzymał. Zatrzymał ten cały proces myślowy i zrobił coś kompletnie nowatorskiego. Spojrzał w niebo i rzekł: „Przepraszam, nie widzisz, że prowadzę samochód?” (Śmiech) „Czy wyglądam, jakbym mógł teraz napisać piosenkę? Jeśli chcesz zaistnieć, przyjdź w bardziej odpowiednim momencie, kiedy będę mógł się tobą zająć.Jak nie, to idź dręczyć kogoś innego. Idź dręczyć Leonarda Cohena”. Po tym zdarzeniu, cały jego proces twórczy uległ zmianie. Twórczość nadal pozostała mroczna, ale sam proces tworzenia i niepokój z nim związany został uwolniony, kiedy wyrzucił z siebie geniusza który przynosił same kłopoty i wypuścił go tam, skąd przyszedł i uświadomił sobie, że to wcale nie musi być związane z wewnętrznym cierpieniem. Tworzenie może być osobliwą, cudowną, dziwaczną współpracą, dialogiem między Tomem a tą dziwną, zewnętrzną siłą, która nie do końca jest Tomem. Kiedy usłyszałam tę historię, zaczęła ona zmieniać trochę sposób w jaki ja sama pracowałam, i raz mnie to uratowało. Ten pomysł uratował mnie w trakcie pisania „Jedz, módl się, kochaj”, kiedy wpadłam w tę otchłań rozpaczy, w którą każdy wpada, kiedy praca idzie mu jak z kamienia i zaczyna myśleć, że to będzie katastrofa, najgorsza książka kiedykolwiek napisana. Nie kiepska, ale najgorsza z kiedykolwiek napisanych. Zaczęłam już myśleć nad porzuceniem mojego projektu, ale wtedy przypomniałam sobie Toma gadającego do powietrza i spróbowałam sama. Uniosłam twarz znad rękopisu i zwróciłam się do pustego kąta pokoju.Powiedziałam głośno: „Słuchaj no, ty, „coś”, oboje wiemy, że jeśli ta książka nie będzie wspaniała, to nie będzie to tylko moja wina, prawda? Widzisz przecież, że wkładam w to całą siebie i nie mam nic więcej ponadto. Więc jeśli chcesz, żeby była lepsza, musisz się zjawić i wywiązać z umowy. A jak nie, to wiesz co? W cholerę z tobą. Ja i tak będę dalej pisała, bo to moja praca. I poproszę o zaświadczenie, że dzisiaj ja byłam obecna i wykonałam swoją część pracy”.  Ponieważ…Sprawa wygląda tak. Wieki temu na pustyniach północnej Afryki ludzie zwykli zbierać się przy świetle księżyca i tańczyć, a muzyka grała przez wiele godzin, aż do świtu. Zawsze było to wspaniałe, bo tancerze byli profesjonalistami, więc byli fantastyczni. Jednak czasami, bardzo rzadko, zdarzało się, że jeden z tancerzy nagle się przeistaczał. Wiem, że wiecie, o czym mówię, bo wiem, że wszyscy kiedyś widzieliście podobne przedstawienie. To jakby czas się zatrzymywał, a tancerz jakby przekraczał jakis portal i wcale nie robił nic inaczej, niż przez poprzednie 1000 nocy, ale wszystko układało się w całość. Nagle nie wydawał się tylko człowiekiem. Był rozświetlony od wewnątrz, rozświetlony od dołu i rozpalony niebiańskim ogniem.  W takich chwilach ludzie wiedzieli, co się dzieje, nazywali to po imieniu. Zaczynali klaskać i skandować: „Allah, Allah, Allah, Bóg, Bóg, Bóg”. Oto Bóg. Ciekawostka historyczna. Kiedy Maurowie najechali południową Hiszpanię, przywieźli ten zwyczaj, ale z czasem zmieniła się wymowa z „Allah, Allah” na „Ole, ole”, co nadal można usłyszeć podczas korridy i tańców flamenco. W Hiszpanii, kiedy artysta wykonuje coś niemożliwego i magicznego „Allah, ole, ole, Allah, niewiarygodne, brawo”, niepojęte, oto ulotny przebłysk Boga. To jest wspaniałe, bo tego nam trzeba. Tylko że trudniejsza część przychodzi następnego ranka dla samego tancerza, kiedy budzi się i odkrywa, że jest wtorek, godzina 11 i nie jest już przebłyskiem Boga. Jest tylko starzejącym się śmiertelnikiem ze zrujnowanymi kolanami i być może nigdy już nie wzniesie się na ten poziom. Być może nikt już nie będzie wzywał Boga podczas jego tańca i co wtedy ma zrobić z resztą swojego życia? To trudne. To jedna z najbardziej bolesnych rzeczy w życiu twórcy, z którą trzeba się pogodzić. A może to wcale nie musi być taką męką, jeśli właściwie od początku nie wierzymy, że najbardziej niezwykłe aspekty twojego istnienia przyszły od samego ciebie.Może jeśli by uwierzyć, że zostały ci one pożyczone z jakiegoś niewyobrażalnego źródła na cudowną chwilę twego życia i że kiedy skończysz, odchodzą do kogoś innego. Jeśli myśleć o tym w ten sposób, zaczyna to wszystko zmieniać. Oto jak ja zaczęłam o tym myśleć i tak właśnie o tym myślałam przez ostatnie kilka miesięcy, podczas pracy nad książką, która wkrótce się ukaże jako niebezpiecznie, przerażająco nadmiernie oczekiwana następczyni mojego przedziwnego sukcesu. Kiedy mnie przez to ponoszą nerwy, muszę sobie powtarzać: nie obawiaj się. Nie zniechęcaj się. Po prostu wykonuj swoją pracę.Stawiaj się do swoich zadań, cokolwiek by to było. Jeśli jesteś tancerzem, tańcz. A jeśli boski, zezowaty geniusz przypisany twojej osobie pozwoli na przebłysk cudu, choć przez moment, dzięki twoim staraniom, wtedy „Ole!”. Jeśli nie, tańcz mimo tego. I „Ole!” dla ciebie, mimo wszystko. Wierzę w to i czuję, że musimy tego uczyć. „Ole!” dla was, mimo wszystko, za czysto ludzką miłość i upór,aby stale się stawiać się do pracy.

Elizabeth Gilbert

Drukuj

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *