facebook

PW 1944

GLORIA VICTIS 44
To był celowy zabieg. 1 sierpnia, w milczeniu, powrócić do wspomnień z dawnych lat – do głosów kolegów z dzieciństwa, gdy Lasek na Kole był naszym polem bitewnym i gdy marzyliśmy o tym, by stać się mężczyznami, dzielnymi, honorowymi, jak Powstańcy Warszawscy i gdy wierzyliśmy, że wspaniale
Powstanie Warszawskie „od zawsze” było dla mnie najważniejszym wydarzeniem, zdecydowanie ponad historycznym, które mnie kształtowało i poruszało do głębi. Jako dla warszawiaka z wielopokoleniowej warszawskiej rodziny, który w dodatku całe swoje dzieciństwo i młodość przeżył tuż obok Cmentarza Komunalnego na warszawskim Powązkach, największej powstańczej nekropolii, Powstanie Warszawskie było powodem do zadumy nad tragicznym losem mojego miasta i moich przodków, ale jednocześnie powodem do wielkiej dumy z ich poświęcenia i bohaterstwa. Bo nie ma w historii nowożytnej miasta, które miałoby bardziej tragiczną, ale też bardziej bohaterską kartę. Rozmowy o Powstaniu Warszawskim, z jego uczestnikami, rozpocząłem, jako mały chłopiec, gdy każdego roku 1 sierpnia byłem zaprowadzany przez rodziców na pobliski Cmentarz Powązkowski, by spotkać się z uczestnikami tamtych wydarzeń. Gdy dorosłem, na spotkania te i rozmowy chodziłem już sam – a później ze swoimi dziećmi. I tak rok po roku powiększałem wiedzę o Powstaniu Warszawskim – jego przyczynach, przebiegu i skutkach – o źródła najlepsze z możliwych: o relacje wprost od uczestników wydarzeń. We wszystkich tych odnotowanych przez dziesiątki lat relacjach – absolutnie we wszystkich!!! – zawsze pobrzmiewał jeden ton: nie było takiej siły, która latem 1944 roku mogła zmusić tamtych chłopców i tamte dziewczęta do stania z bronią u nogi. By to zrozumieć, musiałem odbyć właśnie te setki spotkań i rozmów z Bohaterami. Trzeba było ich usłyszeć, gdy opowiadali, jak przez 5 długich lat nie było w Warszawie ani jednego dnia bez ulicznych łapanek, publicznych egzekucji, mordowania dniem i nocą – tylko za to, że Polak był Polakiem. Jak po pięciu latach wyniszczania, jakiego nie doznało żadne inne miasto w okupowanej przez Niemców Europie, nie było już w Warszawie ani jednej rodziny, która nie straciłaby kogoś (najczęściej wielu) z bliskich. Trzeba było usłyszeć o niemieckiej pogardzie i nienawiści, o tym, jak wyjście po zakupy było podróżą w nieznane i często kończyło się w Palmirach, na Pawiaku lub w Oświęcimiu. Trzeba było usłyszeć te słowa, że woleli zginąć, niż pozwolić oprawcom na dalsze bezkarne mordowanie – bo przecież do tego sprowadzał się rozkaz Niemców o stawieniu się, pod karą śmierci, wszystkich mężczyzn pomiędzy 16 a 65 rokiem życia, do kopania fortyfikacji obronnych. W Warszawie latem 1944 roku nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o to, by tych ludzi zebrać w jedno miejsce, a następnie wywieźć i wymordować. Na to wszystko nałożył się niezwykły klimat przełomu lipca i sierpnia 1944 roku. Pomimo setek odbytych wcześniej z Powstańcami rozmów zrozumiałem to tak naprawdę dopiero, jako dojrzały już człowiek, gdy rozmawiałem z profesorem Witoldem Kieżunem, który tłumaczył, że Powstanie musiało wybuchnąć, a Ci, którzy twierdzą inaczej, po prostu nie wiedzą, co mówią. Sowieckie radio nawoływało: „Warszawiacy, Armia Czerwona jest tuż. Ruszajcie do walki. Pomożemy wam”, sowieckie czołgi były już na Pradze, a 100 tysięcy warszawiaków miało wydaną karę śmierci, bo każdy mężczyzna pomiędzy 16 a 65 rokiem życia, którego pochwyciliby Niemcy, mógł zostać rozstrzelany na miejscu. – Po pięciu latach bezkarnego mordowania, niszczenia, podłości i pogardy mogliśmy wreszcie stanąć z Niemcami twarzą w twarz i podjąć walkę. My naprawdę wierzyliśmy w to, że jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna i nie jest nią życie. Wierzyliśmy, że tą rzeczą jest honor – mówił mi profesor Kieżun. Ta wiara nie wzięła się znikąd. W dwudziestoleciu międzywojennym, gdy po stu dwudziestu trzech latach niewoli odzyskaliśmy niepodległość, w polskich domach i szkołach, w polskim filmie i teatrze, w polskich mediach wszechobecny był wzorzec Polaka – patrioty, polska młodzież była wychowywane w duchu ogromnego patriotyzmu, a w obronie honoru Polaka żaden koszt nie był zbyt duży. Każdy młody Polak miał wiedzieć, że powinien zachować się honorowo, bo tak zachowaliby się bohaterowie jego książek, jego przodkowie, którzy walczyli na wojnie w 1920, jego szkolni koledzy, ludzie których znał. Młodzież wychowywana w Polsce międzywojennej, kształtowana była na przykładach bohaterów Sienkiewicza. „My wszyscy z niego” – mówił kapitan Raginis, który wraz ze swoim przyjacielem porucznikiem Brykalskim, niczym bohaterowie żywcem przeniesieni z kart Trylogii, Ketling i Wołodyjowski, złożyli pod Wizną przysięgą, że prędzej zginą, niż cofną się o krok – i tej przysięgi dotrzymali. W wymiarze ludzkim Powstańcy Warszawscy przegrali. Podobnie jak przegrali obrońcy polskich Termopilów, kapitan Raginis i porucznik Brykalski. Podobnie, jak przegrały tysiące innych Bohaterów Września 1939 roku. Ale czy wszyscy Oni naprawdę przegrali? Czy – biorąc pod uwagę współczesne realia – przegranym jest ktoś, kto w sytuacji gdy kilku osiłków napastuje staruszkę w autobusie, zamiast spoglądać za okno, stanie w jej obronie i straci przy tym zdrowie lub nawet życie? Czy tacy ludzie są ofiarami „obłędu”, jak chcą niektórzy? Jeżeli tak, jeżeli bohaterstwo, poświęcenie i honor mają być obłędem, a tchórzostwo, koniunkturalizm i cwaniactwo wartością, jeżeli na tym ma się opierać ten świat, to chyba lepiej nie żyć w takim świecie! Bohate


rowie Powstania Warszawskiego dokonali wyboru w zgodzie z wartościami, w jakie wierzyli, w zgodzie z wiarą, że choć po ludzku rozumując życie jest wartością najwyższą, to jednak istnieje coś więcej, niż tylko życie. To byli ludzie, którzy potrafili pięknie żyć i godnie umierać. Sądzę, że Ci, którzy tego nie rozumieją i podważają sens poświęcenia Bohaterów, nie potrafiliby ani jednego, ani drugiego. Źródło:


Źródło: Wojciech Sumliński
sumlinski.pl

Drukuj

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *